Mazury 15-16.05.2010

Na stańkowe zawołanie o weekendowe popływanie zareagował Maczek, który w szczególności zainteresował się propozycją popływania po Wielkich Jeziorach Mazurskich, gdzie przed ćwierćwieczem zdobywał swoje pierwsze kajakowe szlify. Weekend krótki, więc miało być niezbyt daleko i bez rozstawiania samochodów. Stanęło zatem, że skoczymy do Piszu, skąd poprowadzimy niewielką pętlę, tak aby nie robić sobie kłopotu z logistyką samochodową, akurat na dwa dni lekkiego i przyjemnego pływania.

 
O tej porze Mazury powinny być jeszcze puste i czyste, więc można doświadczyć czegoś zbliżonego do fińskich jezior, gdzie spędziliśmy fantastyczny tydzień w czerwcu 2008 r. Na trzeciego towarzysza wycieczki Maczek zaprosił swojego kolegę z Garażu Marymont, Andrzeja, zwanego Marynarzem. Ruszyliśmy z domów w piątek na noc, aby od sobotniego ranka od razu cieszyć się tym, co wodniacy lubią najbardziej. Zanocowaliśmy na całkowicie opuszczonym campingu nad Jeziorem Roś, nie było tam nawet dozorcy.
Wystartowaliśmy w Piszu i popłynęliśmy kanałem na Śniardwy.
Po drodze przeprawiliśmy się przez bardzo klimatyczną śluzę
To ja - Staniek
A to Marynarz – całkiem fajny gość.
Po przecięciu Rosia, przebyciu 5 kilometrowego Kanału Jeglińskiego, prześluzowaniu się na Karwiku i przepłynięciu Jeziorka Seksty otworzyła się przed nami wszechogarniająca pustka przestworza tafli Śniardw. Obrawszy kurs północny ruszyliśmy na kraniec Półwyspu Szeroki Ostrów, gdzie spokojną taflę znacznie urozmaiciła kwadratowa fala, uspokoiło się dopiero po opłynięciu półwyspu i przyjęciu kursu na południowy wschód. Na wschodniej stronie półwyspu zrobiliśmy sobie popas,
po czym ruszyliśmy na poszukiwania ujścia rzeczki Wilgus. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami było pusto i bardzo miło.
Wilgus, który łączy Śniardwy z Jeziorem Roś i którym chcieliśmy wrócić do Piszu okazał się być rzeczką pełną uroku, która przepływa przez dwa małe jeziorka i przecięta jest jedną zastawką do obniesienia oraz progiem. Próg nie dawał pewności, że długi, kilowy kajak nie siądzie na nim, ale ostatecznie okazało się być dość głęboko, aby spokojnie nim spłynąć.
Miejsce na drugi nocleg znaleźliśmy na lewym brzegu Wilgusa, na skraju brzozolasku i rozległych łąk. Wieczorem planowo zapłonęło ognisko, na którym przyrządziliśmy sobie kolację, potem były morskie opowieści i inne równie ciekawe Polaków nocne rozmowy . Ja tam nie wiem, o której robione było to zdjęcie, ale pewnie gdzieś nad ranem.
Około godziny 9.00 odwiedziło nas stado koników
Dość niepewnie się czuły, ale po oswojeniu się z nami podeszły i postanowiły zapoznać się z kajakami.
Krótka dwudniowa wycieczka pozwoliła nam trochę odetchnąć świeżym powietrzem i zrelaksować się. Mając za sobą 28 z 44 kilometrów planowanej trasy ruszyliśmy w niedzielę dalej Wilgusem
na ostanie 16 kilometrów, a w szczególności na spotkanie z Rosiem, którego kręty kształt przysporzył nam ciekawych doznań z coraz silniejszym wiatrem, mieliśmy go bowiem ze wszystkich niemal stron po trochu, by ostatecznie lądować w Piszu serfując na fali pchanej regularną już wtedy czwórką w plecy. Wycieczkę wszyscy uznaliśmy za bardzo udaną, Stanio się w końcu wyrwał na lekkie rozpływanie, Maczek rozpływał się w nostalgii za młodością i tamtymi Mazurami, zaś Marynarz rozpływał się pierwszy raz w morskich kajakach i po przestrzeni nieznanej mu dotąd z kajakowych doznań.
możesz też wypowiedzieć się na temat zdjęć